Cosmopolitan...

Z życia za granicą...

Po ciężkim i pracowitym dniu, przyszła pora na chwilę wytchnienia… To był całkiem miły wieczór. Obejrzeliśmy z Miśkiem fajny, brytyjski komedio – dramat „ Wpadka”. Film, który mam jeszcze z czasów mieszkania w Polsce, kiedy to był dodatkiem w jakiejś gazecie… Swoją drogą wszystkich tutaj dziwi dodawanie filmów na DVD do gazet… Marzenie nieosiągalne nie mieszczące się pewnie obcokrajowcom w głowie… Kto wie, może Polska choć zacofana, przynajmniej w jednym wyprzedziła resztę??? A może to tylko odpowiedni ludzie na odpowiednich stanowiskach… Tak czy inaczej „marketingowcy” od promocji gazet spisali się na medal…

Słuchając „Królowej deszczu” zespołu Roxette, zacząłem się zastanawiać a w zasadzie porównywać życie za granicą do tego, które tak dobrze znam z Polski…

Może to wynika z faktu, iż poznałem czworo Polaków w pracy??? Fakt faktem, są to ludzie tylko na chwilę, którzy niebawem wrócą do domów, ale… jakoś tak zrobiło mi się inaczej… Polski język, rozmowy o sytuacji w kraju, o naszej wspaniałej kuchni… Przez chwilę z nimi miałem wrażenie jakbym był w kraju wśród rodaków…

Nie powiem aby odezwała się we mnie jakaś ekstremalna tęsknota ale cos mnie jednak dźgnęło…

Dotarło do mnie, że choć uczę się intensywnie obowiązującego tu języka, poza tym mówię dobrze po angielsku to jednak nigdy nie będzie między mną a innymi takiego typowego zrozumienia… Niestety czasem aby zrozumieć innych, trzeba znać kulturę i obyczaje danego kraju… Dlatego też (choć nie przepadam za Polakami za granicą, bo są pazerni i nie można im ufać(NIE WSZYSTKIM, ale mam kilka doświadczeń)) zrobiło mi się miło, w chwili kiedy rozumiałem nie tyle język ale o czym tak naprawdę ludzie wokół mnie rozmawiają…

Nie będę ukrywał, że nigdy nie zamienił bym możliwości, które mam tutaj do możliwości polskich ale jest też sporo rzeczy (detale z reguły) z „wsiowej Polonii”, których mi tu brakuje…

Wyobraźcie sobie taką sytuację, że chcecie ugotować typowo polski, pyszny rosół… Idziecie do sklepu i nagle okazuje się, że w tym kraju nikt nie zna pietruszki… Jest naciowa, ale na tłumaczenie, że to taka biała marchewka, ludzie widzą w Tobie wariata, który chce kupić nieistniejące warzywo… A dla mnie to podstawowy składnik rosołu, bez którego smak już nie ten sam. Jakim koszmarem jest dla mnie brak możliwości kupienia zakwasu żurku… Mojej ulubionej zupy… Nie można nawet ( a jeśli to w wybranych punktach, których nie znalazłem) kupić porcji rosołowej… Tutaj szkielet kurczaka, który wykorzystujemy do rosołu na przykład uchodzi za śmiecia… Mogę łatwo kupić owoce morza, mogę kupić mięso strusia, owcy, barana itp… a nie mogę tych najbardziej podstawowych dla mnie rzeczy… A przyznam szczerze, że uwielbiam polską kuchnię… To tylko kilka takich detali, które mogą mieć czasem wpływ na nastrój człowieka, ale… da się bez tego żyć…

Mimo takich chwilowych „polonijnych” rozmyśleń, nic nie zmieni faktu, że pod wieloma względami zycie za granicą odpowiada mi bardziej…

Czasem tylko takie bodźce jak te teraz w pracy, uświadamiają mi jak ważne potrafią być detale…